List do redakcji

To była bardzo trudna ciąża, od samego początku.

Oprócz koszmarnych mdłości, złego samopoczucia, ciągłego zmęczenia przez pierwsze trzy miesiące, w czwartym tygodniu pojawiły się plamienia i trwały przez 16 tygodni.

Każdego dnia, gdy patrzyłam na bieliznę, byłam przerażona, bałam się, że stracę je, jak poprzednie.

Kilka pobytów w szpitalu. Obniżone łożysko, za mała waga, za wolny rozwój.

Opinie lekarzy były różne, jedni mnie uspokajali, inni dmuchali na zimne, a jeszcze inni straszyli, a właściwie wyrażali swoje obawy względem rozwoju dziecka i informowali, jak to się może skończyć dla mnie i dziecka.

Byłam kłębkiem nerwów.

Ciąża nie była dla mnie czasem pięknym i cudownym. Z zazdrością słuchałam innych mam, które korzystały ze swoich przywilejów, odpoczywały, radowały się tą chwilą.

W pierwszym trymestrze zostałam poinformowana, że przez wzgląd na poprzednie poronienie i wiek warto zrobić badania prenatalne, które wykluczą, lub potwierdzą wady genetyczne dziecka. Byłam uprzedzona o tym, że w przypadku wykrycia bardzo poważnej wady, zagrożenia dla zdrowia mojego lub płodu mogę legalnie dokonać zabiegu aborcji.

Po wielu dniach jeszcze przed badaniem prenatalnym, postanowiłam usunąć ciążę, jeśli okaże się, że dziecko faktycznie jest obarczone wadami genetycznymi.

Wiem, że wtedy ogarnęła mnie ulga. Samo postanowienie było dla mnie wytchnieniem i swego rodzaju uspokojeniem. Przestałam być taka spięta. Byłam jak robot. Brak emocji. Nie miałam wątpliwości, że to jest najlepsze rozwiązanie.  Niełatwe, ale nie wyobrażałam sobie być matką dziecka z zespołem Downa czy Edwardsa.

Dni mijały, ja nadal plamiłam, zanim nadszedł czas badania prenatalnego, kolejny raz wylądowałam w szpitalu położniczym na obserwacji. Podczas kolejnego badania dowiedziałam się, że jest ryzyko pojawienia się zespołu Downa. Wykonano badania prenatalne w 12 tygodniu. Nic mi nie powiedziano. Czekałam na analizę wyników.

Jak dziś pamiętam, że wyszłam z gabinetu, wsiadłam do auta, popłakałam się i powiedziałam do męża: Nie usunę tego dziecka bez względu na to, jaką będzie miało wadę genetyczną!

Nie wiem, co się stało. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale tego dnia postanowiłam, że urodzę. Kochałam tę małą kruszynę czy była chora, czy zdrowa. Poczułam się silniejsza.

Wyniki były dobre, ale wysłano mnie na kolejne badania. Nie zgodziłam się. Nie wykonałam ich.

Pojawiła się niedoczynność tarczycy, maluszek nie przybierał na wadze, więc dokarmiano mnie jakimiś specyfikami, miałam obniżone łożysko, więc musiałam leżeć.

Wody odeszły tydzień przed terminem. Rodziłam bardzo długo i z komplikacjami.

Gdy go zobaczyłam, płakałam. On też. Mąż też. Wszyscy w trójkę płakaliśmy łzami ulgi i radości. Moje serce położono na mym sercu. Czułam, jak emanuje miłością, jak pomimo kilkudziesięciu godzin walki wstępują we mnie siły. Niewiarygodne siły, które sprawiały, że mogłabym w tym momencie przenosić góry. To cud.

Teraz ma kilka lat. Jest małym łobuzem. Oczkiem w głowie mamusi. Samodzielny chłopczyk, który nie wie, że kiedyś chciałam go usunąć.

 

Poprzedni artykułGaleria zdjęć Eli Stojak – roczek Stowarzyszenia MzO
Następny artykułKONKURS „Mama w Obiektywie: Energia Pokoleń” : GŁOSOWANIE TRWA