Zrobiłam to! Taka myśl towarzyszyła mi w pierwszych chwilach po przebiegnięciu mety. Uczucie rewelacyjne, ale może od początku…
Wrzesień 2014 – kolega z pracy pochwalił się, że przebiegł Maraton, że było ciężko, ale uczucie świetne. W mojej głowie pojawia się myśl: A może by tak… Ale ja?! Trochę biegam, ale żeby zaraz Maraton…
A jednak ziarenko zostało zasiane…
Trochę poczytałam (no dobra, nie tylko trochę), znalazłam odpowiednio rozpisany trening przygotowujący i postanowiłam podzielić się pomysłem z moim narzeczonym. Jaka była reakcja na słowa „Postanowiłam przebiec Maraton”? Nie, nie był to entuzjazm…zamiast tego usłyszałam – „Maraton?! Przecież to ponad 42km?!” I w tym momencie wiedziałam już, że muszę przebiec– że niby ja nie dam rady? Co to, to nie!
I zaczęło się…bieganie przynajmniej trzy razy w tygodniu, odhaczanie kolejnych treningów na mojej liście, wydłużanie dystansów. W okresie zimowym korzystałam z bieżni na siłowni, bo bieganie na mrozie nie należy do najprzyjemniejszych (zwłaszcza dla miłośniczki ciepłych klimatów ). Trening, trening, trening…ten rok nauczył mnie wytrwałości w dążeniu do celu. A cel był daleki.

maraton 4
Czas mijał szybko, a Maraton zaczął zbliżać się wielkimi krokami. I co? Na tydzień przed startem dopadło mnie przeziębienie stulecia…nie, nie mogło się to wydarzyć zimą, wczesną wiosną, czy nawet miesiąc przed Maratonem. Nie – akurat teraz! Kiedy powinnam być w pełni formy.
Przeleżałam kilka dni w łóżku, o bieganiu mogłam zapomnieć. Start w niedzielę – a tu wtorek i żadnej poprawy. Znów sięgnęłam do największego zbioru wiedzy współczesnego człowieka (tak, tak Wujek Google), poszukałam, poczytałam i…kazali biegać jeśli nie ma gorączki – no to wyruszam. Było całkiem nieźle i (o dziwo!) przeziębienie zaczęło ustępować. Przecież nie pokona mnie jakieś głupie przeziębienie! Nie po całym roku przygotowań.
Nadszedł dzień startu. Razem z narzeczonym jedziemy na stadion. Oczywiście nerwy, bo sporo samochodów, bo jakaś droga zamknięta, bo miejsca parkingowego nie ma…ale dotarłam, jestem już na starcie. Rozgrzewka, batonik na drogę, podekscytowanie i lekkie zdenerwowanie, zdjęcie dla potomnych i strzał startu.

maraton
Początek niewinny, pierwsze 10 km minęło szybko. Przecież nie takie dystanse pokonywałam,
20km – zaczyna się lekkie zmęczenie. Rozglądam się po współbiegaczach – starsi, młodsi, a nawet całkiem młodzi – widzę obok mnie biegnącą całą rodzinę (mama + tata + kilkumiesięczne dziecko w wózku!) – a wózek pchają rodzice na zmianę. Szacun!
Obok mnie biegnie Chłopak w Pomarańczowej Koszulce – wymieniamy się lekko zmęczonymi uśmiechami i chwilę razem biegniemy. W milczeniu.
Rozglądam się po osobach kibicujących – dobry doping naprawdę dodaje siły. Zwłaszcza jeśli na poboczu stoi bus z wielkim banerem „Uśmiechnij się jeśli biegniesz bez majtek”, a chłopak siedzący na dachu zlicza uśmiechy biegaczy. „Banan” sam pojawia się na twarzy.
25km – jestem wdzięczna sama sobie za to, że pomyślałam o wystarczająco długiej i energetycznej play-liście, która doda siły i pozwoli zapomnieć o całej reszcie – o zmęczeniu, o tym, że bolą nogi, o tym, że jeszcze kawał drogi przede mną…

30km – zaczyna się prawdziwy Maraton, czyli walka ze wszystkimi swoimi słabościami. Zmęczenie daje się we znaki…aż tu nagle spostrzegam wśród kibiców znajome twarze. Zwalniam, żeby przybić piątkę z 2,5 letnim bratankiem i usłyszeć jak krzyczy: „Brawo! Ciocia!” – to dodaje siły na kolejnych kilka kilometrów.
Znów spotykam Chłopaka w Pomarańczowej Koszulce (niestety nie wiem jak masz na imię, ale bardzo ci dziękuję!) i trochę razem biegniemy. Kiedy widzę, że zaczyna brakować mu siły, mówię: „Damy radę!”, na co on odpowiada równie zmęczonym jak mój uśmiechem. Biegniemy dalej.

maraton 235km – słowo ‘kryzys’ odmieniłam już przez wszystkie przypadki. Uczę się nie myśleć – nie myśleć o tym, że jestem zmęczona, że chciałabym już być na mecie, że każdy kolejny krok stawiam z wielkim wysiłkiem. Nie myślę o niczym.

Chłopak w Pomarańczowej Koszulce biegnący wciąż obok mówi: „Jeszcze tylko 5 km”. Myślę – 5km? OK, może i jestem już zmęczona, ale liczyć jeszcze potrafię. I mówię mu, że jeszcze 7km. A on na to, że te ostatnie kilometry to szybko przelecą
Nic bardziej mylnego…to było najdłuższe i najtrudniejsze 7 kilometrów w moim życiu. Ale przecież się nie poddam – myśli wracają na swoje miejsce. Zaczynam przypominać sobie: każdą drogę na siłownię, kiedy jechałam rowerem w deszczu na trening; każdy dzień przygotowań, kiedy biegałam nawet będąc na wakacjach; litry potu wylane podczas biegania; każdy swój mały rekord, kiedy udało mi się pobiec jeszcze szybciej, jeszcze dalej…i oczywiście prześladujące mnie słowa „Maraton?! Przecież to ponad 42km?!”. Już wiem, że muszę dobiec do mety.

Mijam 40km – Chłopak w Pomarańczowej Koszulce gdzieś się zgubił wśród biegaczy. Nie miałam możliwości powiedzieć mu, że wcale nie miał racji, że ostatnie kilometry wcale nie mijają tak szybko. Zbliżam się do mety, czuję to już wszystkimi zmysłami. Co to dla mnie te kilka kilometrów – myślę. Ale pokonane wcześniej 40km jednak daje się we znaki. Znów wyłączam myślenie, po prostu biegnę.
Meta tuż tuż – słyszę już spikera, zagrzewającego tłum kibiców, widzę wiwatujących ludzi ustawionych wzdłuż trasy i – co najważniejsze – wiem, że za zakrętem czai się meta. Tak, ta upragniona meta!!
Ostatnia prosta – teraz trzeba pokazać wszystkim jak się finiszuje. Zbieram więc resztki sił i z całej mocy (starając się oczywiście wyglądać możliwie najlepiej – jeśli jest na to jakaś szansa po przebiegnięciu Maratonu) dobiegam do mety. Tak finiszują mistrzowie.

ZROBIŁAM TO! Ja nie przebiegnę Maratonu? Ja?!
Łzy napłynęły mi do oczu, medal zawisnął na mojej szyi i myślę: spełniło się moje marzenie. A nie, chwileczkę, nic SIĘ nie spełniło, nic SIĘ samo nie zrobiło. To ja spełniłam swoje marzenie!

Mój narzeczony czekał na mecie, zadowolony, że nakręcił filmik jak biegnę do mety (i dumny, że dzielnie czekał na mnie przez tyle czasu. Bo przecież – według niego – to od samego początku mnie wspierał- Niech mu będzie). Co najważniejsze dumny był ze mnie, bo nie każdy może się pochwalić takim medalem.

maraton 5
Teraz wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli czegoś chcę i zamienię marzenia w plany, a plany w rzeczywistość – mogę osiągnąć wszystko. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali i we mnie wierzyli. A tym, którzy nie wierzyli – też dziękuję, że mogłam im udowodnić jak bardzo się mylili
Życzę każdej/każdemu z Was, żebyście pokonali swój Maraton – cokolwiek to dla Was będzie. Zawsze pamiętaj, że jeśli czegoś bardzo chcesz, to możesz wszystkiego dokonać.
Wszystko zależy od Ciebie. Ja już wiem, że mogę wszystko.

“PS: Narzeczonemu też dziękuję – za wsparcie w czasie trudnych przygotowań i powtarzanie, że dam radę. Najbliżsi są zawsze częścią naszego sukcesu!”

Bercia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

10 − 9 =