Czasem zdarza ci się uprawiać jakiś sport. Waga jakoś nie chce sama spaść o te kilka kilogramów, które usiłujesz zgubić od lat, więc starasz się choć trochę wspomóc proces odchudzania. Na ogół odmawiasz sobie zjedzenia drugiej tabliczki czekolady (cóż za poświęcenie!) albo nie kupujesz pączka, który mruga do ciebie ze sklepowej półki. Zdarza się jednak, że masz nieodpartą ochotę na wypocenie dodatkowych kilogramów. I wtedy biegasz. W całej swojej długiej i bogatej karierze sportowej udało ci się zaliczyć kilkanaście krótkich dystansów, parę razy była to cała „dyszka”. Zdarza ci się też niestety biegać wtedy, kiedy nie masz na to nawet najmniejszej ochoty. Biegów takiego rodzaju jest kilka.

Bieg średniodystansowy

Ma miejsce w sytuacji, kiedy siedzisz spokojnie na ławce w parku. Twoje dziecko korzysta ze świeżego powietrza, na przykład bawi się w pobliskiej piaskownicy lub buja na huśtawce. Obserwujesz je czujnie, cały czas oceniając, czy w pobliżu nie czai się niebezpieczeństwo. Nagle – to zawsze zdarza się „nagle” – dziecko zrywa się i biegnie w bliżej nieokreślonym kierunku. Ty zrywasz się również. Masz dziecko w zasięgu wzroku, więc twój bieg jest niemal przyjemny, doganiasz je i sprowadzasz na miejsce.

Bieg długodystansowy, bieg z przeszkodami

Ten zawsze zdarza się w sklepie. Tłumaczysz dziecku, że nie może biegać pomiędzy półkami, że nie wolno, że „nu nu nu”. Oczywiście cała twoja przemowa przypomina rzucanie grochem o ścianę. Regały są krótkie, a dziecko biega jak kurczak bez głowy we wszystkich kierunkach. Dodatkowe utrudnienie stanowią w tej sytuacji kartony porozkładane w różnych niespodziewanych miejscach. Kończy się na tym, że łapiesz dziecko gdzieś między chipsami a paluszkami i odprowadzasz do domu, zakupy zlecając mężowi.

Sprint

To twój ulubiony rodzaj biegu. Robisz obiad. Dziecko bawi się w pokoju obok. I nagle słyszysz głośne: „sikuuu!”. Ten dźwięk jest jak zastrzyk adrenaliny, która błyskawicznie rozchodzi się po twoim ciele. Czujesz jak mięśnie się napinają, widzisz, jak obierany właśnie ziemniak ląduje na ziemi. Cudem, dosłownie w ostatniej chwili rzucasz nóż na blat i już pędzisz w stronę łazienki. Tak, łazienki, bo nocnik jest w łazience. Dlaczego nikt nie pomyślał o tym, żeby go przenieść do zagrożonego sikami obszaru!? Wpadasz więc do niej, po upływie nanosekundy trzymasz w ręku nocnik i obierasz – teraz już – właściwy kierunek, z którego zresztą dobiega cię kolejny krzyk: „mamo, sibko, siku!”. Osiągnęłaś taką prędkość, że niemal wylądowałaś na drzwiach. Udaje ci się ominąć fotel, jednym ruchem ściągasz dziecku spodnie i majtki jednocześnie, sadzasz je na nocniku. Sukces. Kolejny raz udało ci się dobiec do mety przed czasem.

Matka Dżoana z Opola

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

three × 5 =