Rodzicielstwo to piękna ale i trudna rola. Szczególnie dla nas- Mam- wiecznie dążących do perfekcji. Gdy rodzicielstwo przeżywany z partnerem lub bliską rodziną, możemy liczyć na pomoc, na podział obowiązków, chwilę relaksu. Bywa jednak i tak, że z różnych powodów na co dzień wychowujemy same dzieci, bo rodzina daleko, bo rozstałyśmy się z partnerem. Dziś- coraz częściej zdarza się, że chcąc zapewnić odpowiednie warunki finansowe rodziny- partner pracuje po kilkanaście godzin dziennie, bądź do pracy wyjeżdża. Widujecie się rzadko.

Na co dzień radzisz sobie sama? Wszystko spoczywa na Twojej głowie? Ta ogromna odpowiedzialność może być powodem samotności- którą przeżywany dzielnie- często skrycie.

Gdy mój mąż dostał propozycje pracy, która wymagałaby od nas diametralnej zmiany życia codziennego, wpadłam w panikę.  Miał pracować kilkanaście godzin na dzień. Praktycznie nie widziałby dzieci, na pomoc w zajmowaniu się nimi też nie mogłabym liczyć. Wpadłam wtedy w panikę- co zrobić? Co w życiu się liczy? Co wybrać? Czy dam sobie radę? Zrozpaczona sięgnęłam do najbogatszego źródła doświadczeń- zapytałam naszych opolskim mam jak sobie radzą na co dzień samodzielnie ogarniając rzeczywistość. Opowieści ich utwierdziły mnie w przekonaniu, że my- kobiety- mamy w sobie wiele siły i serca, ale i wrażliwość. Mimo, że małymi dziewczynkami już nie jesteśmy i radę sobie dać potrafimy, potrzebujemy wsparcia. Bo samotność nie jest naszym najlepszym przyjacielem.

sharpie-love-1519317

“Mam córkę i  pracuję na pełen etat, czasu dla siebie już nie mam. Córkę wychowuję z partnerem, ale tato zawsze jest w pracy. Staram się to zrozumieć, ale jest mi ciężko. Średnio co miesiąc wybucham, że już nie daję rady. Czasami czuję się jak samotna matka. Mój partner jest bardzo pracowity. On kocha pracować. Nie wyobraża sobie nie pracować. Wiem, że tego nie zmienię i że cierpi na tym rodzina, bo brakuje u nas ciepła rodzinnego. Często mu mówię, że przesadza z pracą i zazwyczaj  kończy się to awanturą. Czasami zastanawiam się, czy warto tyle pracować. Czy tak naprawdę tyle potrzebujemy. Jednak mimo swoich obaw i samotności staram się go wspierać. Bo rodzina i praca daje mu szczęście. Podziwiam moją mamę. Urodziła nas 6. Miała na głowie dom, rodzinę i gospodarstwo. Ja po pracy w 100% poświęcam swoją uwagę dziecku. Niestety, przez mój tryb nie mam przyjaciół i bardzo mi tego brakuje. Praca, dom nie pozwala zająć się sobą. Zawsze jest coś co trzeba najpierw zrobić. Zawsze obowiązki są na pierwszym miejscu. Żałuję,  ale mój partner tego nie rozumie, że ja potrzebuję czasem coś zrobić dla siebie. Mówi wtedy, że on robi wszystko dla nas. Gdy jestem już bardzo zmęczona pakuję się i z córką jedziemy do mojej mamy, tam nie robię nic. Ładuję swoje akumulatory. Odpoczywam, aby po powrocie mieć siłę dalej działać. Wieczorami, gdy córka śpi czytam lub wyleguję się w wannie. Gdy mam dosyć wszystkiego i nie mam siły to odpuszczam i nie robię nic. Przyzwyczaiłam się do takiego trybu. Mój partner kiepsko zajmuje się domem. Wolę zrobić coś sama, niż później poprawiać i nie mam sumienia by prosić go żeby umył naczynia… Bo on naprawdę ciężko pracuje. Ja z marzeń zrezygnowałam, ale powoli to zmieniam. Chcę mieć własną firmę urządzającą ogrody. Jestem na etapie planowania. Kocham to i w tym chcę się realizować”.– Blanka

even-angels-cry-1434673

“Nie radzę sobie nic a nic. Przez ostatnie 6 lat męża nie było nocami i dniami. Zawsze był pracoholikiem, dużo pracował. Lubi być najlepszy. Wychodziłam z dziećmi na spacer sama. Córka wypowiadała pierwsze słowa, pierwsze kroki,  zaliczała pierwsze poważne upadki, a ja nie miałam tego z kim dzielić. Niby był, ale go nie było. W czasie ząbkowania, chorób, zwyczajnego dnia- kiedy masz już dość chcesz się przytulić, usłyszeć słowa otuchy, zrozumienia – chcesz żeby ktoś powiedział Ci : dasz radę…Tylko maż potrafi Cię tak zrozumieć. A ja płakałam schowana w kuchni żeby dzieci nie widziały. Czasem śniłam, że spadam w przepaść, budziłam się wtedy z takim wstrząsem, kładłam rękę na poduszkę obok – ale była pusta. Smutno mi było.. Najgorsze, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać – wymienialiśmy się tylko koniecznymi informacjami – o rachunkach, wywiadówkach, zakupach, ustalaliśmy na bieżąco co kto i kiedy ma zrobić. Nie rozmawialiśmy o sobie, o swoich uczuciach. Pojawił się kryzys. Kiedy masz własny biznes, trudno mieć czas dla siebie, zwłaszcza gdy go dopiero zaczynasz. Kiedy przestało się układać w biznesie próbował to uratować, znów kosztem rodziny. Tupałam, mówiłam – rodzina jest dla mnie najważniejsza. To co z tego, że nie mamy pieniędzy, to co z tego, że nie mamy wakacji na Cyprze, mamy siebie. Widziałam, że on też jest zmęczony. Starał się dać mi odrobinę siebie co jakiś czas (jakiś, czyli co kilka miesięcy zabierał mnie gdzieś – ale tak naprawdę nie było go, myślał o problemach w pracy). Czy uda nam się naprawić nasze relacje? Te kilka lat? Kilka, w którym przecież mocno się zmieniliśmy?  Wiesz kiedy wiedziałam, że chyba jest między nami bardzo źle? Kiedy przestaliśmy się razem śmiać. Brak wspólnych urlopów. Byłam sama w święta, w Boże Narodzenie- to jak pójście na karuzele samemu – jest w tym jakaś frajda? Mąż powinien z Tobą przeżywać każdy Twój sukces, porażkę, żyć z Tobą, a nie obok. <Rodzina jest dla mnie najważniejsza, ja to robię dla Was, nie chcę żeby naszym dzieciom czegoś brakowało> – to było jego uzasadnienie. Zrozumiał dopiero po 6 latach. 6 lat!!! Mówi się, że kobiety są cierpliwe…Chyba są! Czemu to znosiłam? Wiem, że mnie kocha i ja też go kocham. Robił mi codziennie śniadania przed wyjściem do pracy. Przynosił świeży chleb na śniadanie. W sobotę i niedzielę jak wracał z pracy, dostawałam kwiaty. Codziennie całował na Dzień Dobry i Do Wiedzenia. Gdy budził się w nocy (jak był w domu), przytulał i szeptał: <Jesteś moim diamentem, największym skarbem, który mam w życiu> i zasypiał… Zapominał też o rocznicach, imieninach, wywiadówkach, zebraniach. Spóźniał się na kolacje, które robiłam. Długo się staram, ale już nie potrafię…. Dziś wszystko musimy odbudowywać na nowo… Nie jestem nieszczęśliwa. Pamiętam jednak, że kiedyś dużo płakałam bo czułam się strasznie samotna. Idę jednak i będę szła – bo nie lubię się poddawać. Były jednak chwile, gdy miałam ewidentnie dość wszystkiego. Co mi pomagało?Hmmm…przede wszystkim siostra i przyjaciółki. Starałam się na urlopie być z nimi…  Sama już nigdy więcej nigdzie nie pojadę!!!”– Magda

“Nasz synek (3.5 roku) ma niedosłuch. Teraz już jest łatwiej- kwestia wprawienia i oswojenia się z nową sytuacją. Dziś to wszystko dla nas chleb powszedni, jednak na początku było ciężko. Tym bardziej, że Milan jest naszym pierwszym dzieckiem. Nie pracuję- nie mam takiej możliwości. Syn uczęszcza do przedszkola, do tego ma zajęcia z surdologopedą w Opolu. Dzień zaczynam od wiezienia młodego do przedszkola, pracach domowych, kiedy synek wraca jedziemy na zajęcia. Mieszkamy poza Opolem, więc dojazdy zajmują nam trochę czasu. Ogółem cały dzień kreci się wokół synka. Dopiero uczy się mówić. Czy radzę sobie? Jeśli chodzi o 1.5 roku wstecz… to była masakra. Było mi ciężko pogodzić się z tym, że nasz synek nie słyszy. Miałam masę pytań: dlaczego, przez kogo itd… przecież całą ciąże dbałam o siebie… Miałam wielki żal, sama nie wiem do kogo… Z czasem jednak,  kiedy widziałam jak mój synek tańczy, zaczyna mówić, poznaje nowe dźwięki i nie różni się od innych dzieci, doszło do mnie, że jego “choroba” to nie koniec świata. Mój mąż przez cały czas pracował w DE. Kiedy synuś się urodził, już po 3 tygodniach musiał jechać do pracy. Do 3 lat synka byłam praktycznie sama z małym. Na pomoc rodziców ani teściów też nie mogłam liczyć, bo wszyscy byli w DE.  Na szczęście miałam bardzo duże oparcie u swojej przyjaciółki, moja mama też chciała mnie wspierać, jednak tak jak ja, nie umiała się  pogodzić z tym, że jej jedyny wnuczek niedosłyszy. Od pół roku mój mąż jest na stałe w PL, czasami mnie denerwuje, bo mam już wypracowany swój rytm, który mi burzy. Dziś, jak tylko czas nam pozwala, staramy się spędzać wolne weekendy rodzinnie. Popołudnia również, jednak w domu zawsze jest coś do zrobienia dlatego nie zawsze nam to wychodzi.” – Camilla.

loneliness-1140615-1279x852

“Gdy urodziłam pierwszą córkę miałam 19 lat i  wszystko szło jak po maśle. Naprawdę nie pamiętam żadnych złych chwil. Kiedy planowaliśmy drugie dziecko, bardzo tego chciałam i byłam przekonana, że dam sobie doskonale radę. Kiedy urodziłam drugą córkę miałam 21 lat, byłam szczęśliwa i dumna. Najbardziej bałam się reakcji starszaka, ale moje obawy się nie sprawdziły, było naprawdę super. Wszystko się jednak zmieniło gdy po urlopie, mąż wrócił do pracy. Na początku nie było źle. Mała spała, jadła, spala i tak w kółko, mąż wracał na weekendy do domu. Około 5 miesiąca życia Zuzi (młodszej córki) przeszłam lekką depresję. Obowiązki domowe mnie przerastały. Stałam się nerwowa i zmęczenie dawało się wznak. Przestałam karmić piersią. Stres spowodował brak pokarmu. Starsza córka Asia przestała się słuchać, gdy zajmowałam się Zuzią wykorzystywała czas na psoty. Mąż gdy wracał do domu, też nie był łaskawy by wyręczyć mnie w obowiązkach. Mało tego, rodzina też nie była w stanie mi pomóc ze względu na odległość. Tak zaczęły się kłótnie, bałagan w domu, ja nie ogarnięta do potęgi ENTEJ, krzyki na starszą córkę i tym podobne. Wielokrotnie wypłakiwałam się mężowi do słuchawki gdy był w pracy, a ja sama w domu. Zaznaczę, że mieszkamy na wsi, a tu brakuje mi koleżanek i natłoku miasta, gdyż wychowałam się w Opolu. Nadszedł jednak kres tego wszystkiego. Kazałam wybierać mężowi: albo my, albo praca (byłam bezlitosna, gdyż mąż kocha pracę za kierownicą i zarabia sam na rodzinę). Przestałam sprzątać, prasować, pomagać mu i byłam w tym konsekwentna. Usiedliśmy i porozmawialiśmy. Postawiłam pewne warunki i wyjaśniłam, jak powinno wyglądać życie rodzinne. Powiedziałam, że musi mi pomagać, bo sama nie dam rady, zastrzegłam, że to nie są żarty. Wytłumaczyłam, że nie radzę sobie z pewnymi rzeczami sama i potrzebuję jego pomocy. Rozmowa i moja determinacja poskutkowały. Mąż do dziś mi pomaga. Po prostu nie ma wyjścia. Oczywiście z pracy nie zrezygnował, ale wie czego oczekuję od naszego życia. Ja również wprowadziłam zmiany w swoich działaniach. Teraz określam sobie tryb dnia. Znajduję czas dla siebie i dla dzieci. Nie narzekam, że nie mam czasu na koleżanki i wyjścia. Trudno- takiego życia chciałam i to mam. Wiem, że muszę być silna i dobra i, że karma zawsze do nas wróci.“- Marzena

“Przez 20 lat wychowywałam sama dzieci, gdyż mąż pracował za granicą.  Bardzo ważne było dla mnie planowanie każdego dnia, bo sama też pracowałam na cały etat. Korzystałam z pomocy rodziny, kiedy tylko mogłam (na szczęście mieszkają blisko). Najtrudniej było dzieciom, nie rozumiały dlaczego taty tak długo nie ma… Starałam się wypracowywać w dzieciach nawyki które ułatwiały mam życie bez męża i taty… no i niestety, jak tata wracał do domu, wszystko psuł bo przecież dzieci długo nie widział i chciał im wszystko wynagrodzić. To było chyba najgorsze. Nie ukrywam, że był moment kiedy korzystałam z pomocy specjalisty, ale to też związane było z ogromnym strachem o męża. Nie życzę żadnej kobiecie takiego życia, no ale nie zawsze jest tak jakby się chciało. Czy mąż mnie wspierał? Tak jak tylko mógł… zazwyczaj tylko rozmową. Co mi dawało siłę? Na pewno trzymała mnie myśl, że to się kiedyś skończy.”– Dagmara

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

five × three =