LIST DO REDAKCJI

Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę… Trójka dzieci była moim pragnieniem, odkąd tylko pamiętam, niestety przekonanie męża, który pochodzi z rodziny 2+2, nie było takie proste. W sumie nawet tak bardzo go nie namawiałam – nic na siłę, nie chciałam go zmuszać, żeby  potem przez całe życie nie wypominał mi błędnej decyzji. Dałam mu czas i cierpliwie czekałam z nadzieją, że zmieni zdanie.

Po czterech latach od pojawienia się naszego drugiego malucha nagle zauważyłam, że spóźnia mi się okres – zawsze uważaliśmy, antykoncepcja była w użyciu, choć nie zawsze, ale za każdym razem kontrolowaliśmy sytuację – aż tu nagle okres się nie pojawił…

Najpierw byłam przerażona – jak to, kiedy, co teraz? Przez kilka dni niecierpliwie zerkałam w kalendarz, mając nadzieję, że może się pomyliłam, aż nadszedł czas i trzeba było potwierdzić wiadome przypuszczenia – test kupiony, zrobiony, wynik pozytywny…

Mój strach powoli zaczął sięgać zenitu – jak ja sobie poradzę? Przecież mam dwójkę wymagających dzieci: szkoła, zajęcia dodatkowe, ciągle trwają nocne wędrówki młodszego potomka do naszego łóżka… Poza tym wiek – 32 przytłaczające w tej sytuacji lata, gdzie tu miejsce na dzidziusia? Wątpliwości, jakie mnie ogarnęły, po prostu zdominowały mój tok myślenia, zabrakło radości… Tego samego dnia bez większego entuzjazmu poinformowałam męża – i tu miłe zaskoczenie – ucieszył się, nie zmartwił, nie złościł, tylko wspierał i mówił, że super, będzie OK, damy radę.

RADOŚĆ SPŁYNĘŁA PÓŹNIEJ

Powoli oswajałam się z myślą o trzecim skarbie, zaczęły się poszukiwania ginekologa, odkrywanie całego procesu na nowo – pierwszy raz byłam w ciąży w kraju i tu też planowałam urodzić. Dzieciaki, którym powiedzieliśmy tego samego dnia, zaskoczyły nas niezmiernie dojrzałym podejściem i wielką radością, z jaką przyjęły nowinę o nowym członku rodziny.

  1. tydzień, badanie ginekologiczne, potwierdzenie ciąży, pierwsze USG i mnóstwo badań krwi… i obserwowanie siebie – zachcianki, szybko rosnący brzuch i ogólna radość w rodzinie – tym razem chcieliśmy wszystkich wtajemniczyć od początku, żeby cieszyli się z nami. W 8. tygodniu leciutkie krwawienie i bóle brzucha – założyłam, że to żołądek, z którym mam wieczne problemy. Dolegliwości szybko ustały, więc nie przejmowałam się za bardzo, szczególnie że w pierwszej ciąży też się tak zdarzało.
  2. tydzień – budzę się z lekkim krwawieniem, ale tego samego dnia mam wizytę u ginekologa, więc uspokajam się, poczekam te dwie godziny. Załatwiam wszystkie poranne sprawy i lecę na badanie. I tu pierwszy strzał tego dnia: lekarz pyta, jak się czuję, więc odpowiadam zgodnie z prawdą, że dobrze, ale mam lekkie krwawienie. Słyszę szydercze: „jest pani pierwszą kobietą, jaką spotykam, która się czuje dobrze, krwawiąc w ciąży…” W przebieralni zbiera mi się na łzy… „weź się w garść, głupia”, przekonuję samą siebie, że będzie dobrze, i wychodzę na badanie. Lekarz potwierdza – jest krwawienie i mówi, że trzeba to sprawdzić. Mam się zgłosić na USG za dwa dni. Za dwa dni??!! Kpina! Dwa dni niepewności, stresu, nieprzespane noce? Sama nie wiem już, co myśleć. Jadę do domu, bliscy przekonują mnie – jedź do szpitala, będziesz wiedziała od razu, czy jest OK. Będzie OK, musi być. A więc zbieram się i jadę. Siedzę w poczekalni, na twarzy mam uśmiech, ale serce truchleje z każdą minutą coraz bardziej. Zaczynam dopuszczać do siebie myśli, że może jednak coś jest nie tak. Pielęgniarka woła mnie do środka – mówię o krwawieniu, ona pyta, czy nie mogłam pójść do swojego lekarza, więc zaczyna się pokrętne odpowiadanie, byle tylko posadziła mnie na fotel… Przychodzi lekarka, siadam i czekam… Aparat nie chce działać – serio? No cóż, czekam cierpliwie, po chwili zaczyna się badanie… I już po wyrazie jej twarzy widać, że coś jest nie tak… Bada mnie w nieskończoność i nagle słyszę te okropne słowa… przykro mi, serduszko nie bije… W tym momencie pękam, szlocham, łzy lecą jak z kranu… Moje serce też się zatrzymuje…

DLACZEGO??!!

Lekarka ciągle mówi, ale ja nic już nie słyszę. Od tego momentu w głowie mam tylko: DLACZEGO? Kobieta zaleca pozostanie w szpitalu w celu indukcji poronienia, ale ja nie mogę, mam dzieci, którymi trzeba się zająć, bo mąż pracuje… Wychodzę na własne życzenie i idę do domu… Na piechotę – nie mam siły dzwonić do nikogo, chcę być sama ze swoim bólem i ryczeć… Mijam ludzi na ulicy, nie wiem nawet, jak przechodzę przez pasy, nie wiem, czy światła są czerwone czy zielone, po prostu idę… Dzwoni siostra, mąż już po mnie jedzie… Znajduje mnie na jakimś przystanku, wsiadam i ryczę, płaczę w niebogłosy, jakby od tego zależało życie mojego maleństwa… W domu od całkowitego odrętwienia powstrzymuje mnie tylko córeczka i synek. Jak ja im powiem, że ukochany dzidziuś się nie urodzi? Wieczorem siadamy z nimi i mówię, że maleństwo poszło do nieba i teraz jest aniołkiem. Synek pyta dlaczego i kiedy do nas wróci. Pyta, czy zabrało ze sobą zabawki, które miało w brzuszku… Córka, widząc moją rozpacz, próbuje być silna, pociesza mnie, głaszcze po głowie, o nic nie pyta…

CYTOTEC- NIE CHCĘ PAMIĘTAĆ!!

Następnego dnia zjawiam się w szpitalu. Na izbie spędzam prawie dwie godziny i ruszam na oddział. Akurat trwa badanie, więc idę pod gabinet. Lekarz potwierdza – obumarcie ciąży w 8. tygodniu, trzeba wywołać poronienie. Dostaję Cytotec – lek, którego nazwy nie zapomnę do końca życia. Mam się udać do pokoju i czekać… Przychodzi pielęgniarka, rozmawia ze mną o możliwości pochówku – nie mogę myśleć, w głowie mam pustkę, ale jak słyszę o ronieniu do specjalnego pojemnika, to zbiera mi się na mdłości… Nie mam już siły, kładę się do łóżka i pod językiem rozpuszczam tę okropną tabletkę. Kiedy kończę, boli mnie gardło, czuję się jak przy anginie, mam dreszcze, biegunkę, drgawki, nagle zaczynam silnie krwawić – wszystko to skutki tego paskudztwa. Ciągle myślę: czy to już? Czego mam się spodziewać, czego wypatrywać? Każda wizyta w WC to ogromny stres, sprawdzam zawartość toalety, ale tak naprawdę nie wiem, czego szukać… Czuje się, jakbym była sama na świecie… ja i mój ból, i dzieciątko, którego już nie ma. Wokół kobiety z tym samym rozpoznaniem, wszystkie przechodzimy przez ten proces, jednak każda inaczej, każda sama… Dziwię się, bo nie mam już łez, nie umiem płakać. W głowie kołaczą mi się wątpliwości, pytania o to, co zrobiłam nie tak, kiedy to się stało, dlaczego, czy to moja wina?  Po południu kolejna dawka – bóle są już ogromne, takie że aż się zwijam. Krwawię bardzo silnie, czuję – dosłownie czuję, jak wylatują ze mnie jakieś większe kawałki, wyślizgują się… Ale czy to już? Czy ten czerwony skrzep to moje maleństwo? Zaczynam zastanawiać się, czy dobrze zrobiłam, może jednak lepiej załatwiać się do pojemnika, zobaczyć dziecko? A może już za późno? Przeszukuję Internet z nadzieją na znalezienie informacji na temat poronienia, gdzieś znajduję historię matki, która roniła w domu i znalazła swojego maluszka – niestety w stanie rozkładu, z oderwaną główką… Nie, nie przeżyłabym tego widoku. Nie chcę, żeby tak wyglądało moje ostatnie wspomnienie… Kolejny dzień, poranne badanie, niestety to jeszcze nie koniec, kolejna dawka i znowu czekanie… Ale tym razem tabletki już nie działają, nie ma bólu, krwawienie jest coraz słabsze i tak już do wieczora. Trzeciego dnia lekarka oznajmia, że endometrium się nie oczyszcza i że trzeba łyżeczkować… A ja myślę już tylko o tym, żeby iść do domu, nie chcę tu być, chcę to mieć za sobą… Zabieg trwa chwilę, wybudzanie po narkozie trochę dłużej, po południu do domu.

I już, po wszystkim…

Zostaje tylko ból, poczucie winy i strach… A na każdy komentarz typu „będziesz mieć następne” mam ochotę krzyczeć! Nie wiem, czy kiedykolwiek będę znowu w stanie zaryzykować… To piekło zostaje we wnętrzu na zawsze.

Mój mały aniołku, nigdy nie znikniesz z mojego serca…

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

11 − 8 =